Copyright © 2011-2016 by - +48 696 137 257

Rozbiegany Koszalin

Data wpisu: 28 października 2013r., 08:00
Ostatnie zmiany: 28 października 2013r., 08:00
Autor: Ola W.

Relacja: Nocna Ściema 2013 - Ola W.

Za mną 12 tygodni przygotować do Półmaratonu Nocnej Ściemy. Decyzje o tym, że wezmę w nim udział została podjęta już na zeszłorocznej Ściemie, gdy wręczałam biegaczom kawę. Od lutego pracowałam nad kondycją i wytrzymałością ale od 3 miesięcy byłam skupiona tylko na biegu w Ściemie. Opracowaliśmy wspólnie z Kubą plan treningowy, który dziś w nocy miał przejść swój ostateczny test. Jak się przygotowałam, jaką mam kondycje, Założony plan ukończyć półmaraton, a czas nie gra roli, byle by ukończyć bieg. Plany jednak mają to do siebie, że czasem biorą w łeb, a czasem po prostu się je lekko modyfikuje. Mój plan "byle ukończyć maraton" zmienił się w "biec na czas 2:40:00". Skąd taka zmiana, bo się nagle okazało, że podczas treningu mogę 20 km zrobić w 2:48:00 więc 2:40 jest całkiem osiągalne.

Przygotowania pełną parą ruszyły już od czwartku. Picie węglowodanów z proszku wyglądających jak płyn hamulcowy Dot3, jedzenie makaronów, makaronów i dużo makaronów oraz odpoczynek. No może nie do końca odpoczynek, bo w czwartek przetruchtałam sobie 6 km. W między czasie nawiązała się rozmowa miedzy kolegą Piotrem a mną, w której wyniku okazało się, że jest nadzieja na bieg w parze. Mogę mieć swojego Zajączka, którego będę goniła przez 21 km. Na początku byłam tym faktem podekscytowana, a im bliżej startu tym nerwy były jeszcze większe. Bez sensu jest opisywać jak przeżywałam całą sobotę start, jak strój do biegania czekał od rana gotowy do włożenia, czy jak umawiałam się z Piotrem na bieg.

Na starcie zjawiłam się wcześniej, jak pewnie każdy z biegaczy. Zaczęłam się rozgrzewać z kolegą Tomkiem, który dotarł do nas ze Śremu i czekałam na Piotra. Ogarniało mnie coraz większe zdenerwowanie i coraz większa panika. Wiem, że nie będzie taryfy ulgowej, ale co jak nie dam rady, jak Piotr narzuci mi takie tempo, przy którym wymięknę? Piotr się zjawił uśmiechnięty, pewny siebie, nie było mowy o tym, że mogę nie dać rady. Określiliśmy tylko czy ruszamy od razu z kopyta czy dopiero przyśpieszamy po dwóch okrążeniach. No ba, jeśli przyśpieszanie można opóźnić to oczywiste. Przegapiłam moment startu, ale skoro wszyscy ruszyli to poszliśmy do przodu. Spokojnie ale i tak niesieni tłumem rozpoczęliśmy 21 km bieg do mety. Słowo spokojnie odnosi się do tempa ale nie do tego co działo się w mojej głowie. Bałam się, bo nie wiedziałam jakim tempem będziemy biec? Czy Piotr nie za bardzo mnie zmęczy, czy utrzymam tempo.

Nie pamiętam kiedy do naszego duetu przyłączył się trzeci zawodnik. Gracjan całkiem naturalnie do nas przystał i biegliśmy do samego końca już w trójkę. Pierwszy kilometr tempo było dla mnie ok, drugi potem trzeci utrzymywałam tempo i spokojnie posuwaliśmy się do przodu. Ale w głowie wciąż kołatała myśl czy utrzymam tempo, co zrobię gdy zabraknie mi sił. Co powie Piotr, Zając, którego mam gonić. Pierwsze okrążenie minęło naprawdę szybko i łatwo, przy mecie Piotr wziął dla mnie izotonic i zaatakowaliśmy drugie. Jeszcze pozytywnie nastawiona ale czasem marudząca, z uwagi na podbiegi, dużo podbiegów, Boziu jak ja nienawidzę podbiegów. Drugie okrążenie Piotr cały czas mnie instruował, jak atakować wzniesienia, kiedy i jak odpoczywać i wio do przodu. Jego zegarek co jakiś czas wydawał różne dźwięki, które po sprawdzeniu były komentowane jest dobrze, mamy dobre tempo. Tak naprawdę kryzys zaczął się na trzecim okrążeniu. Wybieg z boiska i atak podbiegu nie należał do moich ulubionych. Nogi mnie już bolały (może nie mocno) ale bolały. Ludzie mnie mijali czasem nas potrącali. Okrążenie dłużyło się niemiłosiernie, myślałam że nigdy się nie skończy. Piotr co jakiś czas pytał się mnie "kim jestem", a ja mimo braku tchu i energii musiałam odpowiedzieć: "zwycięzcą". Gracjan również zauważył mój kryzys i zagadywał mnie lub mówił musimy dopiec jeszcze kawałek bo musimy przeczytać co jest na tamtym bilbordzie i tak co jakiś czas wyznaczał kawałek, który musimy pokonać. Miałam ochotę stanąć i iść do domku, a tu po rozpędzie z górki Stawisińskiego trzeba atakować podbieg. Zmiana techniki biegu i udawałam, że odbijam się kijkami jak w nordic walkingu. Ten styl trochę mnie męczył z jednej strony, a z drugiej pokonywałam łatwiej te cholerne górki. Zaczynałam już padać, chciałam się przyłączyć do osób idących. Poco mam biec skoro mogę iść. Piotr zaczął żartować, że mogę go w myślach przeklinać już. Ja już przeklinałam go wcześniej. Ale nie tak mocno. Po prostu optymista jeden nie wiem skąd miał takie wiadomości, że ja mam jeszcze siły, że ja dam radę, skoro jak doskonale wiem, że nie dam. Nogi mnie bolą jeszcze nie skończyłam 3 okrążenia mamy jeszcze dobry kilometr a on mi wyskakuje z "to dla Ciebie pikuś", "to tylko mały trening dla którego się z domu nie chce wyjść". Oj mógłby się ugryźć w język.

Zaczęło się ostatnie okrążenie, mój Zając którego miałam gonić, a który cały czas koło mnie biegł zdobył dla mnie cukier w kostkach, izotonic i wodę na ostatnie okrążenie. Pierw kazał wziąć jedną kostkę cukru, która miała się rozpuścić mi w ustach. Oprócz tego, że mnie zemdliło nie czułam nic. Czekałam kiedy będę mogła wypić łyka wody. Atak podbiegu z udawanymi kijkami i znów brak siły. Biegłam już tylko siłą woli (co Piotr przewidział) i modliłam się żeby to był koniec. Na domiar złego Piotrek wymyślił, że sukcesywnie będziemy wyprzedzać biegaczy. Namierzał cel, dawał dystans i atakowaliśmy. Pierw Pani, potem Pan, potem jeszcze ktoś i tak oto miałam jakiś cel, na którym musiałam się skupić. Biegłam goniąc jakąś Panią i w myślach sobie powtarzałam: "oszalał". Gracjan również mnie zagadywał, ale ja już nie chciałam słuchać. Kurczę ja chciałam już skończyć. Biegłam z 3 kostkami cukru w dłoni i tak sobie myślałam: "może go wyrzucić, przecież tylko mi przeszkadza". Po kolejnym podbiegu na Stawisińskiego zażyłam kolejną dawkę cukru i dziękowałam Bogu, że zostało już tak niedużo, że zaraz koniec.

Oczywiście nie mogło być tak kolorowo, przecież to nie był piknik. Piotr sobie wymyślił że na stadionie mam przyśpieszyć. Ja, mam przyśpieszyć? Jak ja ledwo nogami powłóczyłam ? Wyprzedziliśmy jakimś cudem kolejną osobę i z prawie płaczem przygotowałam się na to czego oczekuje ode mnie Piotr. Kurde ja nie wiem skąd on brał ten spokój. Rozbiegliśmy się z górki i wbiegliśmy na stadion pokonać ostatnie metry tych tortur. Coś się stało z prądem i z balonu pod którym przebiegałam już kilka razy zeszło powietrze. Mały wzrost ma swoje zalety zmieściłam sie pod nim, ale Gracjan, który jest słusznego wzrostu chciał go pokonać biegnąc po trawie potknął się i wywrócił. Chciałam stanąć i się do niego cofnąć, ale Piotr był nie ubłagany. Biegłam dalej tylko chyba wolniej. Mój nowy trener personalny znalazł się koło mnie i kazał mi przyśpieszyć, kazał wyprzedzić biegacza przede mną, który nie był już idącą pod górę Panią. Kazał biec szybciej i ostatkiem sił, nie wiem jakim cudem do mety dobiegłam prawie sprintem. Jedyne o czym myślałam to było wyprzedzić jeszcze jedną parą i pana w koszulce marketu i koniec . Przebiegłam linie mety, zapiszczał chip.

To był koniec. Nie bardzo wiem co się potem działo. Piotr wcisnął mi w rękę izotonic który wypiłam duszkiem, znalazł sie koło mnie Tomek ze Śremu gratulował wyniku (jaki wynik to nie wiedziałam), jakiś koleś klęczał przede mną "czy Pan się oświadcza?" , "nie, zabieram chip". Potem piłam herbatę. Gracjan gdzieś sie zgubił. Ja cały czas chodziłam, nie mogłam stać. Stanie powodowało ból, chodzenie było lepsze. Ubrana w złotą pelerynkę z medalem na szyi, poszliśmy polować na zupę pomidorową.

Szok, zmęczenie, endorfiny, łzy i cała reszta trudnych do określenia uczuć przechodziła przeze mnie. Uspokoiło mnie jedzenie zupy. Śmieszne ale prawdziwe. Rozgrzała, pozwoliła skupić myśli. Piotr cały czas był koło mnie i pilnował żebym zjadła, wypiła, odpoczęła, rozciągnęła się. Kurde to było mega fajne i jestem mu za to mega wdzięczna. Może to nie był mój pierwszy start, ale to był mój pierwszy półmaraton. Każda wskazówka, każda rada zapamiętana i na pewno zostanie wykorzystana w przyszłości. Jako Pacemaker sprawdził się rewelacyjnie. Biegliśmy jednym tempem, nie szarpał nie męczył, pamiętał o drobnostkach, na które ja nie zwracałam uwagi, zagadywał i motywował.

Pomysł, projekt, wykonanie
Copyright © 2017
by

Na stronie przebywa: 32 Online

Pokaż liste