Copyright © 2011-2016 by - +48 696 137 257

Rozbiegany Koszalin

Data wpisu: 31 października 2013r., 15:45
Ostatnie zmiany: 31 października 2013r., 15:45
Autor: Dorota W-B

Relacja: Panie Prezesie! Melduję wykonanie zadania!

Kiedy zakładałam tego bloga, miałam na koncie dwa medale (Bieg Sylwestrowy i Bieg Urodzinowy Gdyni) oraz pięć "występów" w Kłosie. Myślami wybiegałam w przyszłość i nieśmiało marzyłam sobie, że pod koniec października rozprawię się z półmaratonem na Nocnej Ściemie. Nikomu nawet o swoich planach nie mówiłam, bo te nieco ponad 21 km wydawało mi się wtedy dystansem niemożliwym do przebycia dla zwykłego, szarego zjadacza chleba.

Do pierwszego półmaratonu (Bytów, na który dałam się namówić kolegom biegaczom) byłam przygotowana... fatalnie. Od marca, kiedy to podjęłam decyzję o starcie, do 1 czerwca (start) miałam zaledwie cztery biegi dłuższe niż 10 km (tak dokładnie to: 12,31 km, 14,47 km, 12,65 km i 15,10 km). Łukasz bardzo sceptycznie podchodził do czekającego nas wyzwania. Nas, bo przecież jak się zapisałam, to trochę jakbym postawiła Go pod ścianą i nie pozostawiłam wyboru.. :) i tak oto też musiał się zapisać.

Ponieważ mamy jeszcze odrobinę oleju w głowie (co nie zawsze wydaje się takie oczywiste), uznaliśmy, że nie będzie wstydu, jeśli zdarzy nam się trochę pomaszerować. I mimo, że mało to sportowe, jechaliśmy do Bytowa z założeniem "dotrzeć do mety, choćby na czworaka". Udało się na dwóch nogach, ale ten półmaraton nie był obojętny dla moich nóg. Przez kilka dni chodziłam okrakiem... Oczywiście nie przeszkodziło mi to w starcie na 15 km zaledwie 8 dni później. Także tego oleju w głowie troszkę jest, ale nie znowu tak dużo ;D

To była cenna lekcja. Wiedziałam już, że żeby przebiec cały półmaraton, trzeba jednak do tych przygotowań podejść na poważnie i bardzo rzetelnie. Swoje trzeba wybiegać i koniec. Najczęściej chyba startowałam na 10 km, a mimo to dopiero gdzieś na przełomie sierpnia i września poczułam, że ten dystans nie przysparza mi większych problemów. Nie pojawiały się już myśli samobójcze na ostatnim lub przedostatnim kilometrze ;) dystans 10 km zaczął mi sprawiać przyjemność. Kilometry mijały nie wiadomo kiedy.. Wtedy już wiedziałam, że to zasługa treningów, coraz dłuższych wybiegań.

Po tym trochę przydługawym wstępie, przejdę do meritum (nareszcie..). Z góry jednak uprzedzam, że będzie to jedna wielka prywata, dłużyzny i koncert życzeń dla znajomych (nie tylko królika) :)

W przeciwieństwie do beztroskiego startu w półmaratonie w Bytowie, teraz wzięłam sobie solidne przygotowania do serca. Od początku sierpnia praktycznie każda niedziela to długie wybieganie. Najczęściej 13-15 km. Z końcem września zaczęłam przekraczać magiczną 15-tkę i co tydzień przebiegałam odrobinę więcej, żeby na dwa tygodnie przed Nocną Ściemą zrobić prawie 19,5 km podczas treningu. Utrzymywałam spokojne tempo, starałam się nie szarpać, nie przeciążać. Oswajałam się z dłuższym wysiłkiem.

Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany dzień (a w zasadzie noc!). Bałam się trochę, że przebyta praktycznie tydzień przed startem jelitówka mnie mocno osłabiła i nie zdążę się odpowiednio zregenerować, czy co tam.. Już się zaczęło pojawiać zwątpienie, czy moje przygotowania nie pójdą na marne przez rzecz tak banalną jak sraczka. Paradoksalnie, chyba mi to trochę pomogło, bo przez tydzień rewolucji żołądkowych schudłam prawie 2 kg, a ze strachu przed kolejnym tygodniem męki, jadłam jak ptaszek, żeby nie przeciążać żołądka. Byłam lżejsza, a jak wiadomo, lżejszym biega się szybciej i lepiej :P

Pakiety startowe odebraliśmy już w piątek, żeby nie zostawiać sobie wszystkiego na ostatni moment, a także po to, żeby trochę odciążyć pracowników Biura Zawodów, którzy i tak będą mieli pełne ręce roboty przez całą sobotę.

Początkowo zakładaliśmy, że zdrzemniemy się w ciągu dnia razem z naszym dwuletnim Bąkiem. Haha, dobre sobie. Znaczy, córka spała bardzo dobrze, wstała wypoczęta i gotowa hasać do samej nocy... My przeleżeliśmy jak mumie, wpatrując się w sufit i czekając na sen, który niestety nie chciał przyjść. Dziwne...

Trudno, jakoś to będzie. Zapakowaliśmy się całą trójką na Pasta Party. W drodze do Picollo ustaliliśmy, że zjemy wersję wege, bo mięso jest cięższe i dłużej się trawi. A tak po prawdzie, to po prostu miałam nieodpartą ochotę na szpinak, bo jakoś ostatnio się nie składało, żeby samemu go przyrządzić. To był strzał w dziesiątkę, bo szamka była naprawdę przednia. A jak dodam, że nasza mała zatwardziała fanka bolognese zajadała szpinak ze smakiem, to chyba więcej mówić nie trzeba. No fakt, twierdziła, że je brokuła, ale i to i to jest zielone, więc trzeba jej tę drobną pomyłkę wybaczyć.

Później wybraliśmy się do znajomych na naradę przed startem ;) Nastroje sportowe, pełna gotowość do biegu. Wszyscy wystrojeni w "piżamki" z logiem NŚ. Sekta jakaś, czy co? :D

Praktycznie do godziny 21 nie byliśmy do końca zdecydowani, czy idziemy na oficjalne otwarcie zawodów i pokaz filmu do BTD, czy może spróbujemy zasnąć.. Ostatecznie padło na teatr i pierwsze nasze "pełne" uczestnictwo w atrakcjach przygotowanych przez organizatora zawodów. Zazwyczaj przychodzimy/przyjeżdżamy na chwilę przed startem i zaraz po przebiegnięciu się zwijamy. Tym razem nie trzeba było wracać "do dziecka", bo przecież będzie słodko chrapać.. Decyzja zapadła - idziemy na uroczyste otwarcie, na 22:30 do teatru.

Niewiele brakowało, a byśmy nie zdążyli.. O 22:01 nastąpiło jednak wyłączenie zasilania w naszym dziecku i można było chwycić wszystkie przygotowane wcześniej bambetle i udać się w stronę BTD. Wyświetlano film "Spirit of the marathon", ciekawy dokument o przygotowaniach szóstki śmiałków do maratonu w Chicago w 2005 roku. Ten film tylko utwierdził mnie w przekonaniu, jak ważne są przygotowania i treningi. Nie można rzucać się z motyką na słońce, bo to nierozsądne i raczej niezdrowe. Podbudowana tym, że przepracowałam solidnie ostatnie kilka tygodni, naładowana kofeiną, którą wlewaliśmy w siebie z Łukaszem w postaci gazowanego napoju o czarnym zabarwieniu, czułam coraz większe podekscytowanie zbliżającym się startem.

Jak skończył się film i trzeba się było wynieść z teatru, zaczęły się schody. Po krótkiej rozmowie z Jackiem i Markiem K., udaliśmy się w stronę stadionu, żeby zobaczyć, jak to wszystko wygląda.. Moje oczy robiły się coraz mniejsze, a od nieustannego ziewania bałam się, że mi rozerwie usta. Pomyślałam sobie, że czarno to wszystko widzę, chociaż w głębi duszy miałam ogromną nadzieję, że adrenalina zrobi swoje i senność sobie gdzieś pójdzie na te kilka następnych godzin..

Po godzinie 1:00, dostaliśmy cynk od Żeni, że jej ekipa jest już gotowa, wyspana i jak chcemy, możemy jeszcze do nich wstąpić, bo co będziemy tak siedzieć w samochodzie. Udaliśmy się więc znów w okolice BTD, wykorzystaliśmy też tę okazję, żeby się załatwić i przebrać w ludzkich warunkach (bo plan był taki, żeby się przebierać w samochodzie :P ).

Dla nas był to drugi półmaraton, a dla naszych towarzyszy - debiut na dystansie. Odnoszę jednak wrażenie, że wszyscy byliśmy równie podekscytowani, chociaż pewnie nie każdy się do tego przyzna. Takie tam, nocne długie wybieganko.. :)

Zrzuciwszy tobołki po drodze na stadion, na linię startu dotarliśmy na jakieś 5 minut przed wystrzałem. Zamieniliśmy kilka słów z Darkiem i Asią, po czym usłyszeliśmy huk i to był sygnał, że przegadaliśmy chyba odliczanie. Albo może go wcale nie było? Nie wiem. Zaczęło się!!!

W odróżnieniu od Bytowa, tym razem nie robiłam sobie żadnych planów poza takim, żeby cały dystans pokonać w biegu. Wiedziałam, że jeśli tak zrobię, to życiówkę mam w kieszeni. W zegarku ustawiłam sobie virtual pacera na tempo 6:15, szybko policzyłam, że taki czas byłby naprawdę mile widziany, ale jak będzie wolniej, to też dobrze. Nie byłam do końca pewna, jak moje mięśnie zareagują na propozycję biegania w środku nocy.. Pierwsza pętla była dość dziwna. Nie umiem powiedzieć, czy nogi miałam "sflaczałe" czy ciężkie.. Jedno jest pewne - wysiłek o tej porze doby był sporym zaskoczeniem dla mojego organizmu. Albo sobie po prostu nawkręcałam, że tak będzie.

Na drugim kilometrze niosło mnie naprawdę ładnie, bo ten kilometr pokonałam w tempie 5:45. Szybko skorygowałam tempo, bo wiedziałam, że szarżowanie na początku skończy się źle. (Tak, tak, dla mnie tempo 5:45 na dłuższym dystansie to właśnie SZARŻOWANIE :P ). Na kolejnych kilometrach tempo stopniowo spadało ku mojemu zadowoleniu, bo dawało to nadzieję, na realizację głównego założenia - BIEC cały czas.

Druga pętla była zdecydowanie przyjemniejsza. Mięśnie się pogodziły z tym, że nie ma spania, a ja wpadłam w rytm. Około 7,3 km dogoniłam Żenię, która startując z drugiej linii, dała się ponieść szalonemu tłumowi. Przez następne 2,5 km biegłyśmy razem, utrzymując tempo w okolicach 6:04. W strategicznym miejscu na trasie Żenia postanowiła się poobnażać, a ja poleciałam dalej trochę ciemną ulicą Modrzejewskiej i dalej tup-tup pod górkę i na stadion.

Okolice Bałtyku były dla mnie największym zaskoczeniem. Obawiałam się podbiegów, a to ta najbardziej płaska część trasy wychodziła mi najwolniej! Po tartanie biegło mi się ciężko, czułam się, jakby buty mi się do nawierzchni kleiły, a po kostce dookoła stadionu człapałam w żółwim tempie. Za każdym razem odliczałam sobie "jeszcze tylko dwa razy", "jeszcze tylko raz", "to już ostatni!".. Takie "mantry" pomagały mi uporać się z podbiegami, więc postanowiłam je zastosować również na tym odcinku. Sprawdziło się rewelacyjnie.

Na trzeciej pętli dotoczyłam się do Karola i pokonaliśmy razem jakieś 2 km. Próbowałam "sprzedać" moją technikę radzenia sobie z podbiegami, ale nie wiem, czy mi się udało :) Mniej więcej na wysokości fotoradaru na Zwycięstwa, Karol kazał mi lecieć dalej, a sam troszkę zwolnił. Pewnie ma 24 punkty karne i bał się zdjęcia! Ja jeszcze swojego konta nie skalałam żadnymi punktami, więc postanowiłam zaszaleć :D A co mi tam!!

Jeszcze jak biegłam z Karolem, to mijał nas Piotrek K., który krzyknął coś w stylu "przebieraj nogami Dorcia" (cytuję z pamięci, więc mogłam coś pokręcić, za co z góry przepraszam :P ), na co ja zareagowałam zwiększeniem tempa do Piotrkowego i zapytałam zadziornie "no to co, lecimy maraton?" ;))) Piotrek chyba się tego nie spodziewał, bo minę miał co najmniej zaskoczoną ;) No ale, dość tych żartów, wiadomo, że w takim tempie to bym za długo nie pobiegła.... :D

Pod koniec trzeciej pętli, na wysokości Niedźwiadka minął mnie kończący już swoje zmagania Marek To., a chwilę później, mniej więcej przy Centrali Artystycznej wyprzedziła mnie Gosia, która ostatecznie zajęła 3 miejsce wśród kobiet. Brawa!

Jak wybiegałam ze stadionu i ruszałam pod górę na ostatnią pętlę, widziałam wpadającego na stadion Łukasza. Zerknęłam na zegarek i pomyślałam, że to będzie całkiem ładny czas. Nagrodziłam Go krótkimi oklaskami i zakrzyknęłam coś w stylu "brawo Łukasz" (nie pamiętam dokładnie :P ) i ruszyłam dalej, pod górę.. Na wysokości ul. Racławickiej dobiegłam do Piotrka S. i chciałam jakoś inteligentnie zagaić.. Wyszło jednak chyba trochę inaczej, bo Piotr później powiedział mi, że ten mój mało wyszukany tekst "tup tup tup" go trochę dobił. Kurde, a naprawdę chciałam dobrze.. :D

Na Andersa, tuż za Empikiem wyprzedził mnie Rafał, nasz sąsiad, który razem z kolegami biegł maraton. Chwilę pogadaliśmy, ustaliliśmy, że Łukasz już skończył i chłopaki polecieli dalej, a ja czując piekący ból w pośladkach starałam się zrobić wszystko, żeby nie było widać, że strasznie mnie już tyłek boli od tych podbiegów.. ;)

Jak już wreszcie doturlałam się do ul. Stawisińskiego, usłyszałam za sobą kroki, zdecydowanie szybsze niż moje i nagle znalazłam się pod rękę z Markiem Tch. :D Wykrztusiłam z siebie, że tak to ja mogę biegać, a Marek pocieszył mnie, że już naprawdę mało zostało. Tym sposobem przez chwilę leciałam Marek-Taxi ;))) Tak mnie to rozbawiło i podniosło na duchu, że przygasający entuzjazm znów się zaczął rozpalać. Przecież już niedaleko, sam Marek tak powiedział, nie? :)

Koło stadionu czekał na mnie Łukasz wystrojony w kosmiczną folijkę. O jak miło, będzie towarzystwo na ostatnich kilometrach. Miałam siłę, żeby rozmawiać, ale nie chciałam za bardzo jej trwonić, więc na wysokości BTD zapowiedziałam, że chętnie posłucham wszystkiego, co ma do powiedzenia, ale już raczej do mety się nie będę odzywać. Co w moim przypadku jest wyznaniem naprawdę niespotykanym. Z dwóch powodów - jak to, ja się nie będę tyle czasu odzywać? i jak to - nie będę przerywać żadnej opowieści i grzecznie słuchać wszystkiego? heh, a jednak!

Modrzejewskiej pokonałam w skupieniu, starając się oszacować, czy mam jeszcze jakieś siły na finisz. Kiedy już wbiegaliśmy na stadion, Łukasz powiedział "leć dalej sama, nie chcę wprowadzać zamieszania". No to poleciałam. Widzę przed sobą kilka osób i podejmuję decyzję: zagęścić kroki i zwiększyć tempo. I tym sposobem wyprzedziłam kilka osób i praktycznie cały odcinek na stadionie finiszowałam. Zwiększałam tempo na 5:00, a przez linię mety przelatywałam (hehe) w tempie ok. 4:00. Tak przynajmniej zapamiętał to mój zegarek, a to znaczy, że tak właśnie było i koniec :D

Z początku trochę żałowałam, że zapomniałam słuchawek, bo miałam w planach słuchanie muzyki jako rozpraszacza uwagi.. Ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie się przejmowałam :) na odcinkach, gdzie mijało się biegnących w drugą stronę, skupiałam uwagę na wyszukiwaniu znajomych twarzy :) jak już kogoś wypatrzyłam, to machałam i pozdrawiałam ;) a nawet przebijałam "piątki" :))

Bieg oceniam bardzo wysoko. Ciężka praca wolontariuszy i organizatorów zaowocowała naprawdę świetną imprezą i rewelacyjną atmosferą. Nie mam się do czego przyczepić, wszystko mi się podobało :) Jestem pełna uznania dla wszystkich, którzy uwijali się tam całą noc, wielkie DZIĘKI!

Na osobne podziękowania zasługuje nasza skromna ekipa "techniczna", dzięki której mamy w ogóle możliwość razem biegać :) Dzięki Tato! :)

Pomysł, projekt, wykonanie
Copyright © 2017
by

Na stronie przebywa: 31 Online

Pokaż liste