Copyright © 2011-2022 by - +48 696 137 257

Rozbiegany Koszalin

Data wpisu: 6 listopada 2015 r., 22:00
Ostatnie zmiany: 6 listopada 2015 r., 22:00
Autor: Rafał Groński

Nocna Ściema 2015. Legenda ośmiu nudnych okrążeń.

Kibice na trasie Nocnej Ściemy 2015.

To moja czwarta NŚ.

Na poprzednich po skończeniu połówki z politowaniem patrzyłem jak maratończycy męczą się na pozostałych 4 kółkach. Rozciągnięci na całym dystansie, w otchłaniach półmroku, mgły, a czasem deszczu. Nie wzbudzający większego zainteresowania. Przemykający przy biernym półprzytomnym spojrzeniu woluntariuszy. Poszturchiwani przez powracających półmaratończyków, którzy zapomnieli, że inni jeszcze rywalizują. Opuszczeni przez rodziny, które poszły spać. Niemal bez dopingu. Samotni. Zmęczeni. Bez szans na życiówkę (taką realną) w takich pagórach. A na mecie czeka zimna zupa – o ile wszystkiego jeszcze nie zjedli. I kilku zmarzniętych woluntariuszy, praktycznie żadnych kibiców. Słowem, fanatycy, że nie rzeknę – masochiści.

25 października 2015. Obok rzeszy półmaratończyków, znowu uzbierało się ze 140 chętnych na nocny maraton. W tym… ja. Nie wiem czemu też ja. Nie wiem co mi odbiło. Nie wiem co mnie wciągnęło, przecież nie życiówka z przymrużeniem oka. Przecież nie te nudne 8 kółek. To chyba jakieś dzikie męskie pragnienie bycia 100% nocnym ściemniaczem, można rzec, w jakimś sensie bycia elitą – totalna głupota, ale w facecie gdzieś tam to głęboko siedzi - chociaż ten jeden raz.

Jako jeden z niewielu, krótkie spodenki i krótki rękaw. Pocę się jak dzik, nie chcę biec w mokrych galotach, za to mam czapkę i dodatkowo nieśmiertelny komin NŚ.

Biegniemy, start z tupetem, pochodniami – fajnie. Tłum. Po kilometrze wszystko jednak pięknie się rozciąga. Na pierwszym kółku standardowo: boli lewe kolano, potem boli jednak prawe, nie to śródstopie pobolewa, a może jednak kostka, wszędzie jakieś bóle. Po 10km już nic nie boli. Pierwszy żel, regularne picie, można rzec jest po rozgrzewce. Na trzecim kółku przechodzimy do etapu nr 2, najfajniejszego na NŚ – wyprzedzanie przez dublowanie. O jakie to cudowne uczucie – kiedyś mnie dublowali, a teraz człowiek trochę się wytrenował. Wrażenie, że mkniemy, że jesteśmy mocni, że jesteśmy najlepsi . Faktycznie czas się poprawia. Dojeżdżam do końca trzeciego okrążenia, stadion, słyszę jak komentator zagrzewa do walki zwycięzcę półmaratonu, wpadł na metę obok mnie, gnał, jakby wystrzelili go z procy. Swoją drogą bardzo się cieszę, że to akurat Mateusz, tyle lat pracował i w końcu wygrał coś ważnego i to u siebie. Cóż, dla mnie zabawa dopiero się zaczyna.

4 – dalsze wyprzedzanie. Teraz spodziewam się pustek. Jednak zaskoczenie, na 5 i 6 kółku jeszcze było sporo osób z połówki, dzięki czemu wcale nie było nudno, wręcz przeciwnie. Biegnie się dobrze, prawie bez wiatru, temperatura rewelacja, nie pada. Biegnę według planu.

Na 7 zaczęło być ciężko. Już nie lecę wg planu. Już nie mam ochoty słuchać, że tak mam trzymać. Za bardzo nie interesowały mnie też mroczne widoki i inne aspekty trasy, najchętniej wtopiłbym się w jakąś ciemność i trochę odpoczął. Na szczęście trasę znałem na pamięć, wiedziałem dokładnie gdzie czeka mnie podbieg, a gdzie zbieg, to pozwalało lepiej rozkładać siły. W ogóle nie przeszkadzało mi, że to już któreś tam okrążenie.

Na 8 czułem się już naprawdę wypruty, nawet zaliczyłem na jednym podbiegu krótkie podejście. Jednak znowu zbliżam się do ekipy grill party, znowu dodadzą trochę wiary w życie. Jest i stadion, ostatnia prosta, oczywiście finisz sprintem – nie bardzo wiem po co, ale fajnie wygląda. Jest całkiem dobry rezultat (pół godziny lepiej niż poprzedni maraton).

Teraz wiem jak wygląda 8 kółek oczami maratończyka. Choć właściwie, nie wiem kiedy to minęło. 200 minut, jak oka mgnienie. Wszystko mogę powiedzieć, ale nie że było nudno. Te pagórki nadają trasie charakteru, ciekawie jest czuć ich coraz większą moc na każdym następnym okrążeniu. Jakby z każdą godziną wypiętrzały je jakieś ruchy górotwórcze. No i kibice, gdyby nie było tylu okrążeń – to praktycznie nie byłoby kibiców. A tak, 8 razy grill party z megafonem (ekipa zdecydowanie nr 1 na trasie), 8 razy nieśmiertelny akordeon, 8 razy lekko podchmielone dziewczyny z niesamowitym dopingiem, 8 razy knajpka, przy której wiadomo gdzie ciastko, gdzie woda, a gdzie izotonik, 8 razy centrum dowodzenia, na którym komentator dwoił się i troił. Nawet zachodzący drogę półmaratończycy byli atrakcją, przynajmniej można było przez chwilę skupić się na czymś innym.

Podsumowując, NIECH ŻYJE OSIEM KÓŁEK!

P.S. To jak, 20 kółek L5 latem?

Pomysł, projekt, wykonanie
Copyright © 2017
by

Na stronie przebywa: 13 Online

Pokaż liste